nie zasnuwała już biała mgła apatii.

sznurowadło z gwoździa. Drzwi otworzyły się z piskiem i dziewczyna

poważnie wątpiła, by Diaz kiedykolwiek w życiu kogoś przeprosił.
oczy nie były opuchnięte od płaczu. Może nie błyszczały radośnie, ale
miejscach o nieco wyższym standardzie.
- Widziałam się z Millą. Jesteśmy bezpieczni, ona nic nie wie o
kawy.
podziurawiony kulami wrak starego dodge'a, w którym prawdziwego
siebie. Nigdy
Od ponad trzech lat wiedziała, że nawet jeśli odnajdzie Justina,
jej bezwładne ciało kołdrą i wyszedł z pokoju tak cicho, jak przedtem
najcichszym i najspokojniejszym - przynajmniej pod względem
przystojnym mężczyzną o twarzy opalonej na brąz przez teksańskie
zaledwie godzinę później, niż gdyby poleciała od razu.
Reksa, żeby pozbył się Williego, ale nie chciał o tym słyszeć. Dena tłumaczyła to wtedy filantropijnymi zapędami męża, a jednak chodziło o coś więcej. Zemdliło ją, gdy usłyszała kroki w pokoju na górze. Willie się wprowadza. Będzie z nimi mieszkał, jadł przy stole w jadalni, spał na górze i plątał się po domu. Wzdrygnęła się na samą myśl o tym. Ten chłopak jest nienormalny. Wszyscy o tym wiedzą. Wszyscy z wyjątkiem Reksa. W mieście zaraz zacznie huczeć. Jakby tego było mało, Chase ma coś wspólnego z facetem, który zginął w pożarze. Na dodatek Derrick jest alkoholikiem, a Felicity jędzą. A żeby było jeszcze lepiej. Sunny McKenzie zaginęła. Dena zaciągnęła się papierosem. Próbowała się uspokoić. Wypuściła chmurę dymu. Poradzi sobie. Poradzi. Sięgnęła po słuchawkę i wykręciła numer córki. Cassidy znalazła Williego w stajni. Ciężko pracował. Pot zmoczył rękawy i mankiety jego koszuli. Uśmiechnął się do niej blado. Weszła do środka. - Cześć, Willie. - Dawno cię tu nie było. - Bardzo dawno - przyznała, przyglądając się koniom, które zanurzały aksamitne nozdrza w sianie. Rżenie koni, unoszący się kurz i znajomy zapach końskiej skóry, gnoju, potu i suchego siana przywiodły na pamięć wspomnienia z młodości. - Dena po ciebie zadzwoniła? - Tak. - Nie podoba jej się, że mieszkam w domu Derricka. - To nie jest dom Derricka. - Jego pokój. - Willie wzdrygnął się i wziął się z powrotem za przerzucanie siana. Zbliżyła się i dotknęła czarnego końskiego nosa. Koń parsknął i zarzucił łbem. Jego ciemne oczy błysnęły niczym ognie. - Powinienem zostać tu, z końmi. - Bardziej ci się podobało? Pokiwał głową i popatrzył na nią o sekundę dłużej niż wypadało, po czym wrócił do pracy. Pamiętała, że często się gapił. Na nią. Na Angie. - Jestem pewna, że tata zastanowi się nad tym. On po prostu chce, żebyś był szczęśliwy. - A Denie by ulżyło. Cassidy mało uszy nie pękły, kiedy matka zadzwoniła do niej rozhisteryzowana, bo okazało się, że Willie będzie z nimi mieszkał. - Derrickowi się nie spodoba, że mieszkam w jego pokoju. Uhu. - Zagryzł wargę. - Derrick się wyprowadził dawno temu. Mieszka z Felicity i córkami po drugiej stronie posiadłości. Nic ci nie zrobi. Willie nie był przekonany. Cassidy oparła się o belkę wspornikową. - Znalazłeś portfel w popiołach w tartaku. Willie jeszcze mocniej zagryzł wargę i nadział na widły porcję siana. - Czyj to był portfel? - Ja go nie ukradłem. - Wiem, ale do kogoś przecież należał. Willie popatrzył na podłogę. Jego oczy były niespokojne. Błądził wzrokiem po zakurzonej posadzce, jakby śledził biegające szczury. - Czyj to był portfel? - Mężczyzny. - Jakiego mężczyzny? - Mówią na niego nieznajomy. - Tego, który umarł w pożarze? Willie pokiwał głową, odwrócił się od Cassidy i odwiesił widły na ścianę, obok łopaty. Konie kręciły się i żuły siano, szczerzyły zęby i głośno parskały. W stajni było gorąco. Przy oknach latały muchy. Pod krokwiami, przy swoich delikatnych gniazdach uwijały się osy. Serce Cassidy biło mocno, była pewna, że Willie je słyszy. Obiema rękami przeczesała włosy, oparła się o ścianę i zamrugała oczami. - Wiesz, kim był ten mężczyzna, prawda? - spytała szeptem. Willie potrząsnął przecząco głową tak gwałtownie, że ślina kapnęła mu z ust. - Wiesz. - Nie! Podeszła do niego powoli. - Willie? Poruszał szczęką. Wytrzeszczył oczy. - To nie był nikt stąd i to nie był Brig. Przysięgam na Boga, Cassidy, to nie był Brig.
dobry w kryciu i skradaniu się, babce szło trochę gorzej, ale i tak

Clemency obracała w palcach przyniesiony Ust, lecz na słowa dziewczyny podniosła głowę.

się uczuciom. Czyżby naprawdę zakochała się w tym mężczyźnie?
- To twoje ostatnie słowo?
- To prawda, nie było - przyznała Alli. - Ale gdyby przyszło mi przeŜyć te
Nabrała teraz powietrza w płuca. Propozycja Marka była, prawdę mówiąc, nie
wyraz poŜądania, jaki malował się na jego twarzy - wiedział o tym - dostrzegł w
którąś. Teraz Mark zorientował się przecieŜ, Ŝe ona, Alli, nie umie się całować, nie
- Nie wiesz, Ŝe nie wolno mnie kusić? - zapytał, podchodząc do niej.
- Na przejażdżkę. Potrzebuję trochę ruchu. Przez ten deszcz
- W takim razie Lysandrze - odparła z wdzięcznym grymasem. - Wiem, że mówić tak jest rzeczą wielce niestosowną, ale musisz mi wybaczyć, bo zakochałam się w tobie od pierwszego wejrzenia. Wyobraź sobie moje przerażenie, gdy odkryłam, kim jesteś!
- Nie, dziękuję. - Uśmiechnął się przekornie. - A pani dlaczego
R S
Nie było sensu zaprzeczać temu. Nie chciał zakochać się I w niej, ale się zakochał
czoło, okazując swoje niezadowolenie, i z powrotem zajęła się
energia. Istniała między nimi chemia, nie zamierzała temu zaprzeczać.

©2019 www.labori.ta-szybko.augustow.pl - Split Template by One Page Love